Nakarm swoich wrogów - Agata Strzyżewska
Miłość w praktyce

Nakarm swoich wrogów

Kochanie swoich nieprzyjaciół należy do największych niedorzeczności, jaką mógłby wymyślić człowiek. Idea szacunku jest już dostatecznie szalona i trudna do praktykowania. Kochanie? To już przesada.

Miłość, która przecież jest definiowana przez popularne songi i amerykańskie komedie romantyczne, nie jest czymś na co ma się wpływ. Miłość spada na człowieka jak grom z jasnego nieba i trzeba się jej poddać natychmiast i bez zastrzeżeń bo inaczej już nigdy więcej jej nie doświadczysz. Tak jak nie można jej się oprzeć, tak nie można jej na nikim wymusić. Zachęcanie do kochania mija się z celem. Zachęcanie do kochania swoich wrogów mija się ze zdrowym rozsądkiem.

Tak więc w okolicach drugiej księgi królewskiej, w czasie, gdy na polskich ziemiach jedynie wyły wilki, pojawia się prorok, który robi i mówi rzeczy szalone. Nie pozwala wygrać żadnej wojny Aramejczykom, bo wszystkie ich strategie natychmiast zdradza Izraelczykom. Jego szpiegostwo nie ma nic wspólnego życiem Jamesa Bonda, za to wiele z życiem ponadnaturalnym. Aramejczycy są wściekli i wysyłają wojsko by pojmać proroka. Gdy już chmara żołnierzy otacza miasto, prorok uspokaja swojego sługę słowami: nie bój się, z nami jest znacznie więcej żołnierzy niż z nimi. Sługa lękliwie rozgląda się po podwórku i widzi jedynie kurę grzebiąca pazurem i jakiegoś obsikującego ich dom psa. Prorok jednak widzi coś znacznie więcej, modli się by Bóg otworzył słudze oczy a równocześnie zesłał ślepotę na wrogów. Gdy już wyprowadza ich do innego miasta, król izraelski chce ich zabić. Sytuacja typowa: oni są naszymi wrogami, chcieli zabić nas, teraz my zbijemy ich. I wtedy prorok radzi zrobić coś naprawdę szalonego, radzi wrogów nakarmić i puścić wolno. Rada była nie tylko szalona, ale też ryzykowna. Widocznie jednak prorok miał wysokie notowania, bo król zgodził się to zrobić. Nie tylko nakarmił swoich wrogów ale zrobił to po królewsku, kazał przygotować dla nich wielką ucztę.

Jak na razie w tej historii wszystko jest niedorzeczne. Zamiast króla to prorok decyduje o taktyce wojennej, zamiast wojny jest uczta, zamiast strachu jest spokój, zamiast przemocy jest pomoc. Najbardziej zadziwiający jest jednak koniec tych niedorzeczności. Aramejczycy dali sobie spokój z atakowaniem Izraela. W sumie koniec jest wisienką na torcie, czymś czego nie udałoby się osiągnąć przez żadną wojnę. Gdyby nawet Izrael pobił Aramejczyków to wkrótce tamci przyszykowaliby następną batalię. Znowu ginęliby ludzie, znowu kupę pieniędzy poszłoby w błoto zamiast gdzie indziej, znowu kraj byłby zniszczony, znowu trzeba by było odbudowywać kraj zamiast go rozwijać.

Ta historia świetnie podpowiada nam dlaczego kochanie swoich wrogów nie jest takim szalonym pomysłem jakby się mogło wydawać. Wynik dokarmiania wroga jest taki, że wróg przestaje być twoim wrogiem. Zaoszczędzasz siły, czas, pieniądze i zdrowie. Kochanie wrogów to czysty interes.

Pamiętam jak poznałam Leifa Hetlanda. Leif wykonuje kawał dobrej roboty na całym świecie, głównie w Pakistanie i krajach muzułmańskich. Dzięki temu, że kocha i ma odwagę kochać przyprowadził do Jezusa już ponad milion osób, głównie muzułman. Ta odwaga jest bardzo potrzebna, bo warunki w jakich pracuje są mocno niesprzyjające. Za każdym razem gdy jedzie na misję żegna się ze swoją żoną i dziećmi tak, jakby nigdy już mieli się nie zobaczyć. Wiele razy głosił ewangelię mając pistolet przy skroni, nóż na gardle czy będąc otoczony przez skierowane w niego karabiny maszynowe. Leif mówi, że doświadczył miłości Ojca i teraz niesie tą miłość wszystkim zagubionym córkom i synom Ojca w niebie. Jego postawa, pełna szacunku i miłości do muzułman jest tak radykalna, że nawet głowy państw muzułmańskich zapraszają go do swoich prywatnych domów. Leif mówi, że muzułmanie to nie problem, ale obietnica (not a problem but a promise). Obietnica, że staną się naszymi przyjaciółmi. Ponieważ problemy się rozwiązuje a obietnice dostaje, ważne jest jak patrzymy na innych. Możesz spojrzeć na każdego wroga jako na problem lub jak na obietnicę. Możesz dostać przyjaciela lub zmagać się rozwiązując problemy.

 

„Jezus powiedział do swoich uczniów: Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.” Mt 5,43-48

Jezus mówi tu zasadniczo o tym, by być dobrym dla wszystkich, tych których lubisz i tych, którzy Cię prześladują. Mamy robić tak, bo Bóg tak robi. On jest dobry dla wszystkich.

Jezus dał się nawet zabić, by pokazać nam jak to kochanie wygląda w praktyce.

Czy w jakiś sposób miłość nieprzyjaciół może dotyczyć zagrożenia ekstremizmem islamskim, które stało się całkiem realne również w Polsce za sprawą przyjmowania imigrantów? Czy miłość do tych, którzy chcą nas skrzywdzić ma jakieś granice? Czy wyznaczanie tych granic należy do nas, czy też zostały one wyznaczone przez to, co zrobił dla nas Chrystus? Czy Jego przykład jest jakimś głosem w dyskusji o sposobach radzenia sobie z problemem nienawiści i przemocy? Podziel się proszę swoją opinią.

Napisz komentarz